Projekt tzw. „matczynej emerytury” dyskryminuje ojców?

Przygotowany przez  Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej projekt ustawy, wprowadzającej  rodzicielskie świadczenie uzupełniające, czyli  tzw. emeryturę dla matek czwórki dzieci,  utrzymał uprzywilejowanie matek przy ubieganiu się o to świadczenie - donosi "Dziennik Gazeta Prawna" (Nr z 03.01.2018 r.). Projekt jest już po konsultacjach społecznych i  teraz ma trafić  pod obrady Rady Ministrów - pisze gazeta.  Według regulacji, świadczenie to  ma być przyznane osobom "mieszkającym w Polsce i – po ukończeniu 16. roku życia przez okres co najmniej 10 lat – ściśle związanym z naszym krajem i rozliczającym się u nas z fiskusem", a więc mają do niego prawo nie tylko obywatele, ale także  obcokrajowcy z prawem pobytu w Polsce. Jak podaje "DGP", z tego wsparcia  będzie mogła skorzystać matka po ukończeniu 60 lat, "która urodziła i wychowała (bądź tylko wychowała) co najmniej czworo dzieci".  Z kolei ojcu   będzie przysługiwać taka sama pomoc po ukończeniu przez niego u 65 lat, ale "tylko wtedy, gdy wychowywał dzieci po śmierci matki albo po porzuceniu przez nią rodziny". Dziennik twierdzi, iż takiemu zapisowi przeciwna jest  

NSZZ „Solidarność”, tłumacząc, że "wykluczenie ojców wychowujących dzieci w pełnych rodzinach byłoby dyskryminacją, trudną do zrozumienia, a tym samym do zaakceptowania w XXI wieku". Dlatego też projekt ustawy uzupełniono  o  zapis, iż "świadczenie uzupełniające będzie przysługiwało także ojcu w przypadku długotrwałego zaprzestania wychowywania dzieci przez matkę". Według gazety, w  raporcie z konsultacji wskazano, że za utrzymaniem takiego zapisu przemawiają analogiczne zasady co do uprawnień ojca, obowiązujące w przypadku prawa do urlopu macierzyńskiego i zasiłków macierzyńskich. Natomiast  dr. Tomasz Lasocki z Katedry Prawa Ubezpieczeń WPiA Uniwersytetu Warszawskiego podkreśla w "DGP", iż spowoduje to  "rozszerzenie katalogu sytuacji życiowych, w których mężczyzna może skorzystać z tego świadczenia. Nie zmienia to jednak faktu, że jest ono skierowane przede wszystkim do kobiet. Rodzice nie będą mogli zadecydować, które z nich będzie jego beneficjentem. A przecież zdarza się, choć nieczęsto, że to matka była żywicielem rodziny i dostanie emeryturę, a na ojca spadł ciężar zajmowania się dziećmi, przez co nie wypracował minimalnego stażu. W konsekwencji chciałby z takiego świadczenia skorzystać, ale ustawa tego nie umożliwia”   –  podkreśla dr Tomasz Lasocki. W  jego  ocenie  "jest to naruszenie zasady równości płci (...) ustawodawca powinien zapewnić możliwość podjęcia decyzji w tej kwestii rodzicom". Z  kolei Łukasz Kozłowski z Federacji Przedsiębiorców Polskich zauważa,  że "w  ubezpieczeniach społecznych, podobnie jak w pozostałych dziedzinach, stosuje się zasadę niedyskryminacji. Stąd wątpliwości budzi to, że w najnowszej wersji projektu zachowano dodatkowe warunki ograniczające możliwość przyznania świadczenia uzupełniającego ojcom, które nie mają zastosowania w odniesieniu do matek". Zdaniem eksperta , "chociaż można oczekiwać, że w praktyce zdecydowaną większość beneficjentów nowego świadczenia będą stanowić kobiety, to jednak projektowane przepisy – aby nie naruszać reguły równego traktowania – powinny odnosić się do osoby, która faktycznie w dominującym stopniu przyjęła na siebie obowiązki wychowawcze".

 

 

Coraz więcej emerytów i rencistów dorabia do świadczenia  

 

Około milion osób, które w 2017 r. otrzymywały emerytury lub renty, było zatrudnionych na podstawie umowy o pracę. To oznacza wzrost o około 10 proc. w stosunku do 2016 r. - informuje "Bankier.pl"( z 28.12.2018r.),  powołując się na  Główny Urząd Statystyczny (GUS). Z  kolei  emeryci i renciści, którzy byli zatrudnieni na podstawie umowy- zlecenia lub umowy o dzieło, a którzy nie byli  nigdzie zatrudnieni  na podstawie stosunku prac y stanowili około 0,4 mln osób, a  w porównaniu z 2016 rokiem był to  mniej o około 1 proc. -  podaje portal. Jak donosi "Bankier.pl" za GUS, średnie wysokości świadczeń wypłacanych emerytom i rencistom przekładają się na dochody, którymi dysponują ich gospodarstwa domowe.  I tak, w 2017 r. w gospodarstwach domowych emerytów i rencistów odnotowano "przeciętny miesięczny dochód rozporządzalny na 1 osobę" na poziomie  1 579,03 zł (dochód emerytów wynosił 1 630,12 zł, a dochód rencistów kształtował się na poziomie  1 295,64 zł). Według opracowania GUS, przeciętny miesięczny dochód rozporządzalny na 1 osobę, którym dysponowały gospodarstwa domowe emerytów był o 31,99 zł wyższy od przeciętnego dochodu w zbiorowości wszystkich gospodarstw domowych w Polsce (1 598,13 zł). Przy tym,  w 2017 r.  "relacja przeciętnej miesięcznej emerytury brutto z pozarolniczego systemu ubezpieczeń społecznych do przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej obniżyła się do poziomu 60,4 proc." - pisze portal.

 

 

Nie warto rezygnować z oszczędzania  w IKE czy w IKZE 

 

Emerytury z publicznego systemu będą w przyszłości bardzo niskie, ponieważ coraz mniejsza grupa pracujących Polaków będzie utrzymywała coraz większą grupę emerytów. Albowiem ktoś, kto będzie zarabiał np. 3000 zł, dostanie świadczenie na poziomie  około  1000 zł - ostrzega w "Interia.pl" (z  03.01.2019r.) Jarosław Sadowski, główny analityk Expander Advisor. Zdaniem eksperta, warto  więc dodatkowo oszczędzać  na starość.  Według wyliczeń   Expandera,  IKE jest pod tym względem  "nieznacznie lepsze" od IKZE.    Expander  szacuje, że wpłacając 300 zł miesięcznie na IKE czy IKZE,  po 30 latach i  przy stopie zwrotu na poziomie 4 proc., możemy zgromadzić około 208 tys. zł. "Będzie to aż o 100 tys. zł więcej niż gdybyśmy odkładali gotówkę czy trzymali pieniądze nieoprocentowanym koncie i o 26 tys. więcej niż na lokacie bankowej" - twierdzi portal. Przy tym, na IKE zgromadzimy ok. 209 tys. zł, a na IKZE ok. 207 tys. zł. Jednak w przypadku IKZE część tej kwoty dostaniemy w postaci corocznych zwrotów podatku. A ze środki te mogą  zostać wydane na bieżące potrzeby, to raczej  nie pomogą nam poprawić swojej sytuacji na emeryturze. "Z tego względu korzystniejsze wydaje się IKE" - komentuje J. Sadowski. Ekspert zaznacza, iż pieniądze trzymane  na długoterminowych  lokatach bankowych,   w gotówce lub na nieoprocentowanym rachunku nie dają takich przywilejów podatkowych jak IKE czy IKZE. Z szacunków  Expandera wynika bowiem - podaje "Interia.pl" - iż najgorzej wypada  oszczędzanie w gotówce czy na koncie, na którym nie ma żadnego oprocentowania. W ten sposób  "zgromadzimy jedynie 108 000 zł, a więc aż o ok. 100 000 zł mniej niż na IKZE czy IKZE", zaś na zwykłej lokacie bankowej zbierzemy w tym czasie 182 tys. zł. Ekonomista  podkreśla w portalu, iż  dla osób zamożnych IKE  jest dużo lepsze niż IKZE, gdyż ma dużo wyższy limit wpłat. 

 W 2019 r. na IKE będzie można wpłacić maksymalnie 14 295 zł, a na IKZE 5 718 zł. W rezultacie po 30 latach oszczędzania na IKE można będzie  zgromadzić aż 829 tys. zł, a na IKZE 329 tys. zł. Jednak "już niedługo limit dla IKZE ma zostać podwyższony aż o połowę, ale tylko dla osób samozatrudnionych, które nie będą mogły skorzystać z PPK. W takim przypadku IKZE pozwoliłoby zgromadzić 494 tys. zł" - podaje J. Sadowski, zaznaczając, że  pomimo zwiększenia limitu, zaoszczędzona  kwota nadal będzie zdecydowanie niższa niż w przypadku IKE. 

"Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, aby posiadać jednocześnie IKE i IKZE" - zachęca główny analityk Expander Advisor. Ekspert radzi wszystkim posiadającym IKE czy IKZE, aby pomimo automatycznego zapisania ich przez pracodawcę  do PPK nie rezygnowali z tych kont. Ostrzega, iż  wypłata środków  przed terminem oznacza utratę uzyskanych korzyści podatkowych. Zaś  im więcej uda  się odłożyć na starość, tym mniejszy będzie szok związany ze spadkiem dochodów po zakończeniu pracy zawodowej.

 

 

Niejasne przepisy dla małego ZUS 

 

Przedsiębiorcy mają coraz mniej czasu na decyzję. Do 8 stycznia br.  mali przedsiębiorcy, którzy chcą płacić niższe składki na ubezpieczenia społeczne, powinni zgłosić w ZUS nowe kody ubezpieczenia. Jeśli tego nie zrobią w terminie, będą mogli skorzystać z ulgi dopiero za rok - twierdzi "Dziennik Gazeta Prawna" (Nr z 03.01.2019 r.). Zdaniem  Cezarego Kaźmierczaka, prezesa Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, "wprowadzenie tak drastycznego terminu to albo głupota, albo celowa prowokacja mająca na celu uderzenie w program premiera Morawieckiego". Zaś Adam Abramowicz, rzecznik małych i średnich przedsiębiorców (MŚP) przyznaje w dzienniku, iż  obecnie oczekuje odpowiedzi na pismo, które wysłał do premiera Mateusza Morawieckiego  z prośbą o przedłużenie do końca stycznia br.  możliwości zgłaszania się do ZUS. 

Jak wyjaśnia gazeta, powodem tego zamieszania jest ustawa z 20 lipca 2018 r. o zmianie niektórych ustaw w celu obniżenia składek na ubezpieczenia społeczne osób fizycznych wykonujących działalność gospodarczą na mniejszą skalę (Dz. poz. 1577), która stanowi, iż z "opłacania niższych składek (małego ZUS) mogą skorzystać ci przedsiębiorcy, których roczny przychód w poprzednim roku kalendarzowym (czyli 2018 r.) nie przekroczył 30-krotności minimalnego wynagrodzenia obowiązującego w grudniu poprzedniego roku". Obecnie jest to kwota 63 tys. zł. Według "DGP", niższe składki na ZUS można opłacać maksymalnie przez 36 miesięcy. Tymczasem  w   opinii przedsiębiorców,   tworząc specjalne rozwiązania dla firm, należało tak zmienić ustawę o systemie ubezpieczeń społecznych, żeby przedsiębiorcy decydujący się na skorzystanie z małego ZUS mogli składać dokumenty zgłoszeniowe kilka razy w roku. I tak, prof. Jan Klimek ze Szkoły Głównej Handlowej, przewodniczący zespołu ds. ubezpieczeń społecznych Rady Dialogu Społecznego twierdzi, że przy obecnym stanie informatyzacji ZUS, "małe firmy powinny mieć możliwość wyrejestrowania się z dotychczasowej działalności oraz zarejestrowania z nowym kodem przynajmniej co kwartał, bo raz w roku to stanowczo za mało", zaś " rządzący muszą brać pod uwagę to, że sytuacja finansowa przedsiębiorców się zmienia". Dlatego przepisy dotyczące małego ZUS muszą być bardziej elastyczne - podkreśla ekspert.

Ponadto,   nie są jasne przepisy pozbawiające  prowadzących firmy prawa do skorzystania z małego ZUS w przypadku zwolnienia sprzedaży od VAT. Zdaniem Wojciecha Andrusiewicza, rzecznika prasowego  ZUS, "takie osoby mogą korzystać z nowych przepisów, jeżeli w 2018 r. nie rozliczały się z podatku w formie karty podatkowej" - podaje "DGP". Właściciele firm zwracają także uwagę, że zbyt łatwo mogą stracić prawo do ulgi w opłacaniu składek, gdyż wystarczy, że nie zgłoszą się do ubezpieczeń społecznych lub do ubezpieczenia zdrowotnego z właściwym kodem tytułu ubezpieczenia w terminie 7 dni (liczonym od pierwszego dnia prowadzenia działalności gospodarczej lub jej wznowienia). Z małego ZUS nie skorzystają nawet osoby, które spełnią wszystkie wymagane przepisami warunki.

- Nie wiadomo, czemu mają służyć takie przepisy, bo nie mają wiele wspólnego z pomocą dla przedsiębiorców. Bardziej mi to przypomina działania public relations mające kreować pozytywny wizerunek rządu - zauważa Andrzej Malinowski, prezydent Pracodawców R

 

 

Czy  oszczędzanie w PPK to „interes życia”?

 

Już w lipcu br. ponad 3 mln Polaków pozna bliżej Pracownicze Plany Kapitałowe (PPK), a w ciągu najbliższych dwóch lat PPK przyciągną około  11 mln osób. Zdaniem "Money.pl" (z 02.01.2018 r.), PPK  mogą przynieść na starość oszczędności rzędu  kilkuset zł, a nawet kwoty do  kilku tysięcy zł  miesięcznie. Natomiast Bartosz Marczuk, były wiceminister rodziny, pracy i polityki społecznej, a obecnie członek zarządu Polskiego Funduszu Rozwoju (PFR) twierdzi, że PPK to "interes życia". "Dlaczego? Bo do oszczędności dołożą się też pracodawcy" – tłumaczy w  portalu. I tak, od momentu zapisu do PPK,  od pracownika będzie pobierany drobny procent jego wynagrodzenia. "Ma to być przynajmniej 2 proc. z pensji brutto - ale pobierane już od pensji netto" - podkreśla "Money.pl". Ponadto, co  miesiąc do składki na PPK  pracownika dorzuci się też jego pracodawca, który w tzw.  podstawowej wersji ma dokładać "od siebie" 1,5 proc.,  liczone również od pensji brutto. Z kolei  co roku do oszczędności w PPK każdemu uczestnikowi  państwo dorzuci się kwotą  240 zł (czyli 20 zł miesięcznie), zaś w pierwszym roku funkcjonowania PPK wniesie na początek  250 zł  jako  tzw. opłatę powitalną.

Portal szacuje, że przy zarobkach 3 tys. zł brutto, przez 45 lat w Pracowniczych Planach Kapitałowych można  uzbierać 196 tys. zł. A to "zagwarantuje podniesienie świadczenia na starość o około 1,8 tys. zł" - twierdzi "Money.pl".

Administracja strony: EPC System - Outsorcing IT