Polacy coraz bardziej zadłużeni u ubezpieczycieli

Polacy są winni firmom ubezpieczeniowym 160 mln zł  tytułu niespłaconych polis – podaje "Dziennik Gazeta Prawna", powołując się na komunikat  Krajowego Rejestru Długów (KRD). Od 2014 r., pomimo  iż   średni dług konsumenta zmniejszył się ze 1471 zł  do 1132 zł, to ich zobowiązania wzrosły 4,5-krotnie (w 2014 r. zadłużenie konsumentów wobec  firm ubezpieczeniowych wynosiło nieco ponad 35 mln zł),  a liczba dłużników ok. 6-krotnie.  Natomiast składek z zawartych umów ubezpieczenia nie zapłaciło ponad 141 tys. osób - informuje  dziennik za danymi KRD.

"Klienci zawierają umowy ubezpieczenia, ale nie zawsze są skłonni za nie zapłacić. Powodem zaległości bywa też niewiedza i zapominalstwo" - głosi komunikat KRD. Według  Adama Łąckiego,  prezesa Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej, zadłużenie konsumentów wobec ubezpieczycieli rośnie  w zawrotnym tempie, co jest " naturalnie powiązane z rosnącym rynkiem ubezpieczeń ". I  tak,  według danych KRD, najmniej solidni w opłacaniu składek ubezpieczeniowych są mieszkańcy Mazowsza (25,6 mln zł długów), następnie  Ślązacy (17 mln zł długów) oraz mieszkańcy Wielkopolski, zalegający na kwotę 16,4 mln zł - pisze „DGP".

Najwięcej niesolidnych płatników jest wśród osób w wieku 36-45 lat (do zapłaty blisko 48 mln zł), natomiast najmniej zaległości wobec ubezpieczycieli mają osoby pomiędzy 18 a 25 rokiem życia oraz seniorzy powyżej 65 lat. Według KRD, "w obu przypadkach to ok. 9 mln zł". Wśród dłużników ubezpieczeniowych  dominują mężczyźni, kobiety zaś stanowią ok. jedną czwartą - donosi gazeta. Najwięcej - 106 tys. - dłużników mieszka w mieście, a 35 tys. na wsi.

Zdaniem Jakuba Kosteckiego, prezesa firmy windykacyjnej Kaczmarski Inkasso,  ubezpieczyciele oddają  do windykacji przede wszystkim zaległości z nieopłaconych polis ubezpieczenia komunikacyjnego OC, w niewielkim stopniu "także NNW, autocasco oraz ubezpieczenia nieruchomości i polisy na życie" - pisze dziennik.

 

 

Problemy z odszkodowaniami za wypadki spowodowane przez małoletnich rowerzystów

 

Brak karty rowerowej jest traktowane jako nieznajomość przepisów  o ruchu drogowym i często skutkuje odmową wypłaty odszkodowania, a szczególnie dotkliwe konsekwencje występują, gdy problem dotyczy dzieci - informuje "Rzeczpospolita" (Nr z 20.05.2019 r.). Gazeta opisuje śmiertelny wypadek 10-letniej dziewczynki, która wjechała rowerem na jezdnię prosto pod samochód. Dziecko poniosło śmierć na miejscu. Kierowca  jechał zgodnie z przepisami, ale nie zdołał ominąć dziecięcej rowerzystki. W rezultacie matka dziecka wystąpiła o świadczenie ze szkolnego  NNW córki, jednak ubezpieczyciel odmówił wypłaty, argumentując, że dziecko nie miało karty rowerowej, a zgodnie z przepisami powinno ją mieć. Albowiem  ustawa o ruchu drogowym stanowi - podaje dziennik - "że kartę rowerową lub motorowerową może uzyskać osoba, która wykazała się niezbędnymi kwalifikacjami i osiągnęła wymagany wiek: 10 lat w przypadku karty rowerowej i 13 lat w przypadku karty motorowerowej". Według "Rz", sprawa trafiła nawet do Rzecznika Finansowego (RzF), którego interwencja jednak nie okazała się skuteczna.

Jednak  nie zawsze posiadanie przez dziecka karty rowerowej będzie wiązać się z wypłatą odszkodowania - podaje gazeta. Stało się tak w sytuacji, kiedy 12-latek  najechał rowerem   na zaparkowane auto. A że wówczas w pobliżu znajdował się ojciec  chłopaka, posiadający  ubezpieczenie OC w życiu prywatnym, to chciał z tej polisy pokryć szkodę wyrządzoną przez syna. Tymczasem ubezpieczyciel odmówił,  tłumacząc, że bezpośredni sprawca nie miał ukończonych 13 lat, więc nie można mu przypisać winy, a opiekun prawny, czyli ojciec nie miał wpływu na powstanie szkody. Polisa OC w życiu prywatnym okazała się więc  nieprzydatna - zauważa dziennik - pomimo "że w teorii miała zadziałać w razie szkód wyrządzonych przez dzieci", albowiem to ojciec odpowiada za szkody wyrządzone przez małoletniego. Skoro  ojciec jest  obowiązany  do nadzoru nad dzieckiem, więc  ubezpieczyciel powinien wypłacić odszkodowanie poszkodowanemu z polisy  ubezpieczonego ojca.

W opinii "Rz", Rzecznik Finansowy ma w takich przypadkach " niewielkie możliwości wpłynięcia na zmianę stanowiska ubezpieczyciela". Dlatego też rodzice, którzy nie chcą pokrywać z własnej kieszeni odszkodowania za szkody wyrządzone przez ich dziecko, muszą szukać sprawiedliwości przed sądem.

 

 

Ubezpieczyciele apelują o ustawę regulującą rynek kancelarii odszkodowawczych

 

Jan Grzegorz Prądzyński, prezes Polskiej Izby Ubezpieczeń (PIU) podczas ostatniego, VII już Kongresu PIU w Sopocie,  w oficjalnym wystąpieniu zwrócił się z apelem do parlamentarzystów w sprawie uregulowania działalności kancelarii odszkodowawczych - pisze "Puls Biznesu" (Nr z 21.05.2019 r.). Według dziennika, wprawdzie projekt ustawy regulującej rynek  kancelarii odszkodowawczych   trafił już pod obrady sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka, to jednak jej członkowie od połowy lutego 2019 r. oczekują na oficjalne stanowisko rządu wobec proponowanych przepisów. Szef PIU zaapelował więc do posłów, aby zdążyli przyjąć stosowną ustawę przed końcem kadencji obecnego Sejmu RP. Gazeta komentuje, iż jednak inicjatora tej regulacji - senatora Grzegorza Biereckiego, przewodniczącego senackiej Komisji Budżetu i Finansów Publicznych, który przez trzy ostatnie lata był jednym z honorowych gości sopockiego kongresu ubezpieczycieli -  tym razem podczas corocznej imprezy  PIU w Sopocie nie było.  Tymczasem konflikt interesów na linii odszkodowawcy - ubezpieczyciele  bacznie obserwuje europejski nadzór ubezpieczeniowy. Jak donosi "PB", Gabriel Bernardino, przewodniczący Europejskiego Urzędu Nadzoru Ubezpieczeń i Pracowniczych Programów Emerytalnych (EIOPA), podczas  kongresu  PIU oświadczył, że  jeśli towarzystwa ubezpieczeń działają w coraz mocniej uregulowanej przestrzeni prawnej, dotyczącej ochrony interesów klienta, to również  tego samego należałoby wymagać od firm pośredniczących pomiędzy ubezpieczycielem a klientem. Zdaniem szefa europejskiego nadzoru ubezpieczeniowego,  prawo na takim samym poziomie  powinno więc chronić interesy klienta z obu stron, zarówno ubezpieczyciela, jak też pełnomocnika - podkreśla dziennik.

 

 

SN  odmówił  podjęcia uchwały w sprawie świadczenia w przypadku zerwania polisolokaty

 

Umowy grupowego ubezpieczenia na życie z ubezpieczeniowym funduszem kapitałowym (UFK) powinny przewidywać obiektywne i weryfikowalne dane, służące do wyceny konta i rozliczenia - stwierdził Sąd Najwyższy – informuje  „Rzeczpospolita” (Nr z 17.05.2019 r.). SN jednak   nie podjął uchwały w sprawie powódki Izabeli B.,  o którą  to uchwałę wystąpił  Sąd Apelacyjny we Wrocławiu.   Wrocławski SA,  rozpatrując apelację Izabeli B. - pisze  dziennik -  ”skierował do SN trzy pytania prawne sprowadzające się do kwestii, czy zgodne z naturą (istotą) umowy grupowego ubezpieczenia na życie z UFK jest dopuszczenie „przelicznika" ustalenia wysokości należnego ubezpieczonemu świadczenia, który nie byłby oparty na obiektywnie weryfikowanych i powszechnie dostępnych danych rynkowych”. Tymczasem zdaniem sędziego SN Krzysztofa Pietrzykowskiego,    SA we Wrocławiu  sam sobie odpowiedział, iż  kryteria „powinny być obiektywnie weryfikowalne”.  Takie stanowisko zajęli bowiem pełnomocnicy prawni obu stron, różniąc się „co do tego, czy tak było w tej sprawie”.

Jak podaje gazeta, kobieta  domagała się unieważnienia swojej umowy z ubezpieczycielem,   zawartej w grudniu 2009 r. w  ramach grupowego ubezpieczenia na życie i dożycie z ubezpieczeniowym funduszem kapitałowym (UFK). Koniec  okresu odpowiedzialności ubezpieczyciela określono w umowie na 2025 r., zaś wysokość pierwszej składki na  40 tys. zł (następne comiesięczne składki wynosiły 1116 zł). Wartość jednostki uczestnictwa funduszu była zmienna; ponadto przy zawieraniu umowy z klientką nie była znana wartość rynkowa jednostki po wpłaceniu pierwszej składki.

Jednak  powódka po pięciu latach zrezygnowała  z  zawartej na 15 lat umowy.  Jak pisze „Rz”, ubezpieczona wpłaciła w tym czasie ubezpieczycielowi  107,4 tys. zł składek, zaś towarzystwo

 wyliczyło wartość jej lokaty „ na ową chwilę” na kwotę   82,4 tys. zł, a po odliczeniu 30-proc. opłaty likwidacyjnej wypłaciło kobiecie  57,6 tys. zł.  A  że  kobieta w innym procesie odzyskała kolejne 24,7 tys. zł opłaty likwidacyjnej jako nienależnego świadczenia, pozwała więc   towarzystwo ubezpieczeń do sądu  o zwrot reszty - 25,1 tys. zł - wpłaconych składek.

Izabela B.  w pozwie twierdziła - donosi  dziennik - „ że kluczowy element wyceny lokaty (stan konta) nie był obiektywnie weryfikowalny, a więc cała umowa była nieważna”.  Sąd rejonowy oddalił jednak jej  powództwo  i  sprawa trafiła do  Sądu  Apelacyjnego we Wrocławiu.

 

 

Interpelacja poselska: każdorazowe rozliczenie tzw. szkody  całkowitej powinno być wpisywane  do CEPiK-u  oraz  karty pojazdu

 

Poseł (PO) Józef Lassota wystosował do  Ministra Infrastruktury interpelację w  sprawie tzw. szkody całkowitej pojazdu -  donosi "Onet.pl" (z 18.05.2019 r.).W piśmie do szefa resortu infrastruktury parlamentarzysta zwrócił  uwagę na niepokojące  zjawisko, że auta powypadkowe  z orzeczeniem przez ubezpieczyciela  tzw. szkody  całkowitej, "często naprawiane są najtańszym kosztem poniżej wartości profesjonalnej naprawy, a czasem za pomocą części niewiadomego pochodzenia.(...) często samochody te trafiają na rynek, a ich nabywcy nie są świadomi nawet tego, że samochód jest powypadkowy" - podaje portal. Tymczasem orzekana  przez ubezpieczycieli tzw. szkoda  całkowita auta   nie musi oznaczać wcale całkowitego zniszczenia samochodu, a z formalnego punktu widzenia nie oznacza konieczności złomowania nawet takiego pojazdu, który naprawdę do niczego się nie nadaje - pisze "Onet.pl". Co więcej, w przypadku wielu aut nawet mniejsze szkody oznaczają szkodę całkowitą.

Poseł Lassota pisze natomiast  w interpelacji, że "co do zasady" wraki aut  kupowane są przez firmy na handel i naprawia się je najniższym możliwym kosztem. W rezultacie sprzedaż takiego  pojazdu  oznacza, że " samochód po wypadku naprawiony taniej niż najtaniej, prędzej czy później trafia on do obrotu jako bezwypadkowy albo „lekko stuknięty”. A że często takie auto "naprawia się przy użyciu kradzionych części”. Wtedy pojazd „może być technicznie poprawny, ale aby go naprawić, złodzieje musieli ukraść inny samochód".  Na drogach pojawia się wiec auto  kradzione po „przeszczepie”, którego "jedynym starym elementem uszkodzonego pojazdu jest... pole numerowe".  W praktyce w przypadku w miarę nowych aut wartość mają jego dokumenty - podkreśla portal.

Poseł Lassota proponuje więc, aby każdorazowo rozliczenie szkody na zasadzie szkody całkowitej wpisywano do CEPiK-u oraz karty pojazdu,  oraz aby wyznaczyć niewielką liczbę stacji kontroli pojazdów, w których badane byłyby te pojazdy pod kątem bezpieczeństwa i dokumentów dotyczących naprawy.

Ubezpieczyciele stwierdzają  szkodę całkowitą pojazdu - wyjaśnia portal -  gdy teoretyczny koszt naprawy samochodu  przekracza jego wartość sprzed szkody.  W teorii chodzi bowiem tylko o to, by nie marnować pieniędzy  na naprawy wraków, gdy jest to obiektywnie nieopłacalne, a także, aby "rozliczać szkody wypadkowe, w których samochód z technicznych względów nie może lub nie powinien być naprawiany".  Ponadto,  właściciel auta, które uległo szkodzie całkowitej, ma prawo nim swobodnie dysponować. Może taki pojazd naprawić we własnym zakresie  i nim jeździć albo sprzedać.  Jednak fakt,  że nowy właściciel zniszczonego pojazdu bez jakiejkolwiek kontroli przywraca pojazd do użyteczności, może wiązać się  z szeregiem przestępstw. W praktyce rozliczanie szkody całkowitej obrosło w patologie - pisze "Onet.pl".

Administracja strony: EPC System - Outsorcing IT