Uważaj na telefonicznych naciągaczy ubezpieczeniowych

Jeżeli  dzwoni do ciebie ktoś  z firmy, której nazwa nic ci nie mówi i  jednocześnie zadaje Ci  mnóstwo pytań,  aby "poprawić jakość ubezpieczenia, doradzić, pomóc przenieść polisę do tańszej, a lepszej firmy", spodziewaj się oszustwa - radzi "Gazeta Wyborcza"(Nr z 30.12.2017 r.). Zwłaszcza, gdy  telefonujący chce wiedzieć, jaką masz polisę, w której firmie się ubezpieczyłeś, jaką składkę płacisz, a potem "z troską oświadcza, że po wrzuceniu danych do komputera widać, że twoja polisa jest radykalnie nieodpowiednia, nie zapewnia odpowiedniej ochrony i jest bardzo droga. I że trzeba coś z tym zrobić". Twój rozmówca  następnie oferuje Ci spotkanie, podczas którego  nie zadaje sobie trudu, aby chociażby zrobić analizę potrzeb klienta, a ma już za to przygotowane umowy do podpisania - pisze dziennik.
W opinii gazety, jest  to klasyczny przykład działania naciągacza ubezpieczeniowego, którego celem jest  zdobycie nowego, naiwnego klienta i przeniesienie go  do proponowanego przez niego towarzystwa ubezpieczeń, które  zapłaci mu od tego prowizję. "Nie zależy mu na tym, by polepszyć sytuację klienta, nie ma znaczenia, czy zerwanie starej polisy będzie dla klienta korzystne" - ostrzega "GW". Najważniejsze, aby  klient podpisał umowę. Zadanie ułatwia takiemu naciągaczowi fakt, że wiele osób "rzeczywiście płaci składki za fatalne polisy, które przed niczym nie chronią, sporo kosztują i nie gwarantują, że uda się uzyskać jakiekolwiek pieniądze w przyszłości".
Gazeta pisze, iż  naciągacze  najczęściej pracują dla firm "krzak", które zdobyły skądś bazy telefonów do ubezpieczonych osób. Ich "serwisanci"” dzwonią do potencjalnych ofiar i starają się wyciągnąć jak najwięcej informacji, podając się nawet za przedstawicieli "Komisji Nadzoru Finansowego, Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów albo Rzecznika Finansowego. Wszystko aby tylko zdobyć zaufanie klienta"- informuje "Wyborcza".
Wprawdzie " kilku ubezpieczycieli  oficjalnie ostrzega swoich klientów przed takimi pośrednikami, będąc  jednak w niewygodnej sytuacji. „Nieetyczni pośrednicy są jak wirus – nigdy nie wiadomo, gdzie uderzą". Ponadto, organizując duże  marketingowe akcje ostrzegające przed nimi  ryzykują, że klienci "mogliby zacząć zrzucać ze schodów wszystkich pośredników ubezpieczeniowych, także tych, którzy chcieliby działać etycznie" - podkreśla dziennik.

Polak nie lubi ryzyka, ale  się nie ubezpiecza

Polacy nie lubią ryzyka, ale wciąż nie chcą się ubezpieczać. Wskaźnik penetracji rynku ubezpieczeniowego w Polsce jest jednym z najniższych w Europie Środkowo-Wschodniej  - donosi "Bankier.pl"(www.bankier.pl z 04.12.2017 r.). Przy tym, Polacy mają mieszane uczucia co do rynku ubezpieczeniowego. Według  badania przeprowadzonego  przez Deloitte,  tylko co drugi ankietowany Polak wystawił pozytywną opinię ubezpieczycielom (tak samo bankom i firmom telekomunikacyjnym) - podaje portal. Jednak pomimo to  rynek nadal się rozwija.
Według raportu  „Jak ubezpieczenia zmieniają Polskę i Polaków” , opracowanego  przez Polską Izbę Ubezpieczeń (PIU) i Deloitte, polska gospodarka w ostatnich 20 latach  rosła dzięki ubezpieczeniom przeciętnie o 0,4–0,9 mld zł rocznie więcej. "Bankier.pl" podkreśla, że jesteśmy społeczeństwem, które  niechętnie podejmuje ryzyko. "Mieszkańcy naszego kraju na tle innych Europejczyków nie lubią sytuacji, w których nieznane są możliwe rezultaty poszczególnych działań"- pisze portal. Jednak ta  niechęć nie przekłada się  na zakup polis. Deloitte szacuje (na podstawie danych Insurance Europe) , iż  wskaźnik penetracji rynku ubezpieczeń (relacja składek opłacanych w ciągu roku brutto do PKB w 2015 r.) wynosi w Polsce  zaledwie 3,0 proc., natomiast  w Finlandii (11,4 proc.). Najmniejsza penetracja rynku dotyczy   Łotwy w grupie krajów Europy Środkowo-Wschodniej – 0,9 proc. 
Sektor ubezpieczeniowy wpłacił m.in. do budżetu państwa ok. 620 mld zł podatku od aktywów instytucji finansowych - wynika z raportu PIU.

System antydronowy z PZU SA

PZU SA   kończy prace nad systemem antydronowym dla klientów korporacyjnych,  który pozwoli monitorować potencjalne niebezpieczeństwa wywołane przez sterowane statki powietrzne - donosi "Rzeczpospolita"(Nr z 05.12.2017).  System ten ma   zabezpieczać przestrzeń powietrzną wokół dużych fabryk, elektrowni czy imprez masowych. Według dziennika, należąca do Grupy PZU spółka PZU Lab  we wrześniu br.  w programie Space3ac Intermodal Transportation  podpisała umowę o partnerstwie z  organizatorem programu – Pomorską Specjalną Strefą Ekonomiczną. "W ten sposób PZU Lab dołączył do akceleratora, w którym współpracuje z młodymi spółkami technologicznymi. (...)  PZU Lab znalazł w akceleratorze ludzi, którzy podjęli się, między innymi, stworzenia mobilnego systemu do wykrywania i neutralizacji dronów" - podaje gazeta.
Jak  przyznaje w "Rz" Dariusz Gołębiewski, wiceprezes PZU Lab, firma chce udostępnić swoim klientom system  "antydronowy, który pozwoli monitorować potencjalne niebezpieczeństwa wywołane przez te sterowane statki powietrzne. " Zdaniem D. Gołębiewskiego,  PZU Lab . szczególnie zależy "na ochronie infrastruktury krytycznej czy największych instalacji przemysłowych w kraju" - zauważa dziennik.

Narciarz poszkodowany na stoku  może żądać odszkodowania od sprawcy wypadku

Kiedy przydarzy nam wypadek na stoku w wyniku którego doznamy uszczerbku na zdrowiu, czy np. uszkodzimy sprzęt,  mamy prawo domagać się odszkodowania od sprawcy wypadku - informuje "Rzeczpospolita"(Nr z 04.12.2017 r.). W sytuacji,  gdy do wypadku doszło za granicą, stosowane są przepisy obowiązujące w danym kraju, natomiast w  Polsce zasady odpowiedzialności reguluje kodeks cywilny. Zgodnie z nim,  za szkodę odpowiada osoba, która ją wyrządziła ze swojej winy - pisze dziennik. Według gazety, poszkodowany może dochodzić od  sprawcy    wypadku  zwrotu poniesionych  kosztów  związanych z wypadkiem, a więc  wydatków  na leczenie, zakup lekarstw, na rehabilitację, dodatkowa opiekę, na dojazdy oraz  środków wydanych na przystosowanie   miejsca zamieszkania do nowych potrzeb. Poszkodowany narciarz może także  domagać się   od sprawcy wypadku   zadośćuczynienia za doznaną krzywdę, czy  renty,  mającej zrekompensować mu  koszty  związane z dalszym długotrwałym leczeniem, rehabilitacją i  opieką. W grę wchodzi także - wylicza "Rz" -  "potencjalna renta uzupełniająca lub jednorazowe świadczenie, które umożliwi przekwalifikowanie się lub założenie działalności gospodarczej w razie inwalidztwa (...) żądanie zwrotu utraconych zarobków".
Poszkodowany  narciarz może wystąpić z roszczeniem bezpośrednio do sprawcy wypadku lub  bezpośrednio do jego ubezpieczyciela, jeśli  sprawca posiada polisę  OC - wyjaśnia gazeta. Zdaniem Piotra  Ruszowskiego, dyrektora  sprzedaży i marketingu w Mondial Assistance, "ubezpieczyciel często przystępuje do sprawy po stronie sprawcy w charakterze tzw. interwenienta ubocznego. Istota tej instytucji jest taka, żeby umożliwić ubezpieczycielowi przyglądanie się procesowi lub nawet wzięcie w nim czynnego udziału. Jest to istotne zwłaszcza wtedy, gdy sprawca po przegranej sprawie chciałby się w przyszłości zwrócić do ubezpieczyciela z żądaniem zwrotu kwot wypłaconych poszkodowanemu",
Z kolei, jeśli  sąd uzna, iż  poszkodowany  przyczynił się do wypadku lub do zwiększenia rozmiarów szkody, otrzyma  on wówczas odszkodowanie  pomniejszone o ustalony wskaźnik procentowy, w zależności od oceny stanu faktycznego,  dokonanej przez sąd - podkreśla dziennik. Jak  przyznaje Beata Kalitowska, dyrektor zarządzająca ERV -  często polscy  "turyści nie znają zasad poruszania się na stoku i nie są świadomi, w jakich sytuacjach mają pierwszeństwo. Dlatego często uważają się za ofiarę wypadku, a w rzeczywistości mogli przyczynić się do jego powstania" - zauważa  "Rzeczpospolita". 

SN: zawarcie umowy OC przez  świadczącego pracę "wskazuje na cywilnoprawną podstawę zatrudnienia"

Zdaniem Sądu Najwyższego,  zawarcie umowy ubezpieczenia OC, zwalniającej potencjalnego pracodawcę z odpowiedzialności za skutki czynności wykonywanych przez zatrudnionego pracownika, "wskazuje na cywilnoprawną podstawę zatrudnienia, a nie stosunek pracy" - podaje "Dziennik Gazeta Prawna" (Nr z 04.12.2017 r.). SN rozpatrywał sprawę  byłego pracownika, a potem współpracownika Wojewódzkiego Pogotowia Ratunkowego w Katowicach, w którego imieniu  wytoczył powództwo inspektor pracy,  żądając od pogotowia ustalenia istnienia stosunku pracy. I tak, "w I  instancji pozew został oddalony, ale sąd II instancji orzeczenie to zmienił i stwierdził istnienie stosunku pracy w okresie, w jakim podwładny wykonywał na rzecz pogotowia swoje usługi. Ten wyrok z kolei uchylił Sąd Najwyższy, uwzględniając skargę kasacyjną pogotowia i sprawa wróciła do ponownego rozpoznania" - donosi gazeta.
Mężczyzna 4 lata temu  był zatrudniony jako ratownik medyczny i kierowca karetki, a swoje obowiązki wykonywał na podstawie umowy o pracę na czas określony - pisze dziennik  - tyle, że  pod koniec jej trwania  z  własnej inicjatywy złożył pogotowiu propozycję zatrudnienia  na  umowie cywilnoprawnej ( rozpoczął w tym  czasie  własną działalność gospodarczą). W rezultacie umowę o pracę zastąpiono umową zlecenia.  Ten kontrakt też wkrótce uległ zmianie, gdyż   stanął on  do konkursu ofert na usługę transportową dla pogotowia ( jako jednoosobowa firma), który  wygrał - informuje "DGP". Mężczyzna  przez ponad 1,5 roku świadczył na rzecz pogotowia usługi przewozowe; "nadal wykonywał zawód ratownika oraz kierowcy karetki".

Administracja strony: EPC System - Outsorcing IT