Będzie zmiana zasad rewaloryzacji rent i emerytur?

Rząd szykuje zmianę waloryzacji rent i emerytur dla 9 mln osób - podaje "Gazeta Wyborcza"(Nr z 25.04.2018r.). Żeby zyskali ci, którzy dostają najniższe świadczenia - tłumaczy dziennik. Jak oświadczył premier Mateusz Morawiecki podczas spotkania z mieszkańcami Węgrowa, rząd na  kolejny rok szykuje następną rewaloryzację. "Chcemy, żeby była ona dla tych, którzy mają niższe emerytury, wyższa w wartościach absolutnych, czyli żeby liczona w złotówkach była wyższa niż procentowo” – powiedział   premier Morawiecki.  Podkreślił, iż  obecne zasady rewaloryzowania rent i emerytur są niesprawiedliwe,  gdyż „dziś komuś, kto ma tysiąc złotych świadczenia, podnosi się je o 5 proc., to ktoś taki dostaje 50 zł, a dla kogoś, kto ma 3 tys. zł emerytury, podwyżka wynosi dużo więcej, bo 150 zł” - informuje gazeta. "Wyborcza" przypomina, iż "podobne zapewnienia o zmianie zasad waloryzacji od marca 2019 r. złożyła wicepremier Beata Szydło". Według dziennika, rząd wpadł na pomysł,  aby wszystkim waloryzować inflację, ale  20 proc. realnego wzrostu płac, który teraz trafia także  do najbogatszych emerytów, doliczać tylko biednym. W ten sposób ci świadczeniobiorcy  mogliby zyskać od 35 do 70 zł brutto emerytury więcej. Z szacunków "Wyborczej" wynika, iż przy takim  rewaloryzowaniu świadczeń emerytalno-rentowych najwięcej zyskałyby  kobiety, ponieważ  to one są najbardziej pokrzywdzone przez obecny system emerytalny. "GW" pisze, że zmiana w waloryzacji rent i emerytur miałaby obowiązywać od marca 2019 r.
Gazeta przypomina, iż obecnie emerytury i renty rewaloryzowane są co roku o ustalony na podstawie danych GUS procent, liczony według  wskaźnika inflacji plus  20 proc. realnego wzrostu płac. W rezultacie największe   podwyżki świadczeń  otrzymują osoby o najwyższych rentach i emeryturach, a ci najbiedniejsi świadczeniobiorcy muszą zadowolić  się   groszowymi  podwyżkami. W 2014 r. wszystkie świadczenia wzrosły o 2,98 proc.

Obecnemu systemowi emerytalnemu grozi załamanie

System emerytalny w obecnym kształcie jest w dłuższym okresie skazany na załamanie – pisze w "Rzeczpospolitej"(Nr  z  24.04.2018 r.)  Sławomir Horbaczewski, były prezes Banku Energetyki i dyrektor Centrum Operacji Kapitałowych Banku Handlowego w Warszawie. Podkreśla, iż obecna sytuacja budżetu pozwalająca  na względnie bezproblemowe dotowanie Funduszu Ubezpieczeń Społecznych (FUS)  może być bardzo myląca. Słabe prognozy demograficzne wskazujące na systematyczny wzrost udziału w społeczeństwie osób starszych oznaczają bowiem  coraz większe obciążenie pracujących. "W skrajnym przypadku ten wzrost prowadził będzie do wzmocnienia negatywnych tendencji emigracyjnych wśród najlepiej wykształconych i świadomych swojej wartości specjalistów. To przepis na samonapędzającą się katastrofę gospodarczą i społeczną" - podaje dziennik.
Ekspert podkreśla, iż  to "rozumie obecny rząd", dlatego pracuje  nad dodatkowym dobrowolnym systemem oszczędzania na emeryturę w postaci pracowniczych planów kapitałowych (PPK). Obawy dotyczą również dodatkowych obciążeń pracodawców, którzy będą partycypować w płatnościach. Jak zauważa w "Rz",  "kluczem do efektywnej dyskusji nad przyszłymi rozwiązaniami jest przyznanie, że państwo w ramach obecnego rozwiązania będzie mogło zapewnić emerytury na poziomie stanowiącym niewielką część dochodów osiąganych z pracy".  Oznacza to dramatyczny spadek standardu życia  po  przejściu na emeryturę. Zagrożeni  biedą są przede wszystkim  najbiedniejsi, gdyż "Ci bogatsi dostaną nieco wyższe świadczenia, które pozwolą na skromne życie, a ponadto większość z nich zbuduje odpowiedni kapitał (mieszkania na wynajem, oszczędności indywidualne itp.), który będzie dla nich wsparciem na emeryturze". To właśnie ta grupa  osób niżej uposażonych "powinna zostać skutecznie zachęcona przez państwo do oszczędzania na starość" - twierdzi ekspert. W jego opinii, "PPK stanowią dobre rozwiązanie, ponieważ nie tylko zakładają płatności ze strony uczestników, ale również obejmują płatności pracodawców, jak i dopłaty z budżetu"- podaje dziennik.  Nawet jeśli PPK zostaną wprowadzone, to przez wielu będą traktowane jako kolejny podatek, przed którym w miarę możliwości trzeba się bronić – ostrzega.

Polska  w środku rankingu łącznych obciążeń PIT i ZUS wśród krajów UE

Według raportu  firmy audytorsko-doradczej  PwC "Praca w Unii Europejskiej - podatki i składki 2018",  Polska jest w środku rankingu łącznych obciążeń PIT i ZUS wśród krajów UE - informuje "Dziennik Gazeta Prawna"(Nr z 25.04.2018 r.). "Pozycja Polski w rankingu obciążeń podatkowych nie zmieniła dramatycznie miejsca i jest w środku stawki. Jednak jeśli spojrzymy na średnią w UE - jesteśmy w drugiej części stawki" - powiedział Mariusz Ignatowicz, partner w dziale prawno-podatkowym PwC, podczas konferencji prasowej. Wynagrodzenie netto przeciętnie zarabiającej polskiej rodziny (po odjęciu podatku dochodowego od osób fizycznych oraz składek pracowniczych na ubezpieczenia społeczne) wynosi obecnie 77 proc. wynagrodzenia brutto i 79 proc.  wobec średniej w UE, co daje 18. miejsce w zestawieniu 28 krajów UE - podaje gazeta.
Natomiast przeciętnie zarabiający singiel otrzymuje 71 proc. swojego pełnego wynagrodzenia (przy średniej UE 73 proc.),  co w zestawieniu daje 15. lokatę wśród państw UE. Pierwszą trójkę w rankingu otwiera Cypr - 91proc., Malta - 81 proc. oraz ex aequo Estonia, Irlandia, Wlk. Brytania 80 proc.   Ponadto, z badania  PwC wynika, że mimo podwyżki kwoty wolnej od podatku do 6 600 zł w 2017 r.,   Polska nadal znajduje się w końcówce zestawienia krajów unijnych,  zajmując  21. miejsce - pisze  dziennik. Za Polską plasują się Włochy, Łotwa,  Czechy, i Rumunia. W poprzednim roku największy wzrost kwoty wolnej nastąpił w Chorwacji, o niemal 2 000 euro. Zdaniem Joanny Narkiewicz-Tarłowskiej, dyrektor w dziale prawno-podatkowym PwC,  "zwiększenie kwoty wolnej od podatku ma przełożenie na osoby najuboższe" - podkreśla "DGP". Ekspertka zauważa, że "obserwowany jest obecnie trend w UE, który zmierza do przechodzenia z liniowego podatku na progresywny".
 
Niskie składki na ZUS po latach mogą nie wystarczyć nawet na  emeryturę minimalną 
 
Proponowany przez rząd tzw. mały ZUS dla mikrofirm (czyli składki na ubezpieczenia społeczne płacone proporcjonalnie do przychodów dla firm, które uzyskują miesięcznie nie więcej niż 2,5-krotność minimalnej płacy) sprawi, że niewielkie podmioty będą miały niższe obciążenia. Jednak rozwiązanie to może mieć także negatywne konsekwencje - pisze "Rzeczpospolita"(Nr z 23.04.2018r.). Zdaniem  dr Aleksandra  Łaszka, głównego ekonomisty Forum Obywatelskiego Rozwoju,  osoby, które będą opłacały obniżoną składkę na ubezpieczenie społeczne, prawie na pewno nie uzbierają na emeryturę minimalną. Tym bardziej, iż już teraz  emerytury osób prowadzących działalność gospodarczą  są niższe od emerytur pracowników etatowych. Jak podaje gazeta, w  okresie od I do III kwartału 2017 r. średnia miesięczna emerytura mikroprzedsiębiorców   wyniosła 1774 zł, podczas gdy średnia emerytura wypłacana przez ZUS kształtowała się na poziomie 2166 zł miesięcznie. Ponadto, będzie to oznaczać  "większą skalę dopłat do najniższych emerytur z budżetu państw  w przyszłości" , tym bardziej, ze te dopłaty "w największym stopniu otrzymywać będą przedsiębiorcze kobiety, które już przy 20-letnim stażu mogą skorzystać z tej systemowej gwarancji".  Z kolei w opinii Łukasza Kozłowskiego, głównego ekonomisty Pracodawców RP,   nowe rozwiązanie ma  tymczasowo  ograniczyć  obciążenia ponoszone  przez prowadzących działalność gospodarczą w okresach, w których doświadczają oni przejściowych trudności." Nie spodziewam się, by znaczna liczba osób była skłonna do prowadzenia działalności gospodarczej w sytuacji, gdy przez wiele lat przynosi ona minimalny przychód na poziomie 1,5 tys. lub 2 tys. zł miesięcznie" – mówi w "Rz" Ł. Kozłowski.

Administracja strony: EPC System - Outsorcing IT