Co ze składkami na ubezpieczenia społeczne przy dodatkowym zatrudnieniu pracownika ?

Jeśli  pracownik jest zatrudniony w niepełnym wymiarze czasu pracy na przykład w dwóch firmach, pojawia się  problem, czy należy  poinformować o tym fakcie pracodawcę.  W takim przypadku, "przepisy prawa pracy nie nakładają na pracownika obowiązku informowania pracodawcy, z którym ma już podpisaną umowę o pracę o podjęciu dodatkowego zatrudnienia" - informuje "Dziennik Gazeta Prawna"(Nr z 08.10.2018 r.). Zatrudniony może więc zawrzeć dowolny kontrakt z inną firmą o   charakterze umowy o pracę, zlecenie, czy dzieło, o ile nie obowiązuje go umowa o zakazie konkurencji podpisana z jego z pierwszym pracodawcą. Zdaniem gazety, może jednak pojawić się problem z prawidłowym  ustaleniem podstawy wymiaru jednej ze składek. Dziennik wyjaśnia, iż w sytuacji, gdy pracownik jest oprócz jednej umowy o pracę, zatrudniony na innym etacie, "składki do ZUS są obowiązkowo odprowadzane od całego przychodu".  I  z obydwu stosunków pracy zatrudniony powinien być zgłoszony obowiązkowo do wszystkich ubezpieczeń społecznych (emerytalne, rentowe, chorobowe i wypadkowe) oraz do ubezpieczenia zdrowotnego.  Według "DGP", "nie ma miejsca w tym wypadku zbiegu tytułów do ubezpieczeń".  Stanowiący podstawę wymiaru składek do ZUS przychód  oblicza się, sumując wynagrodzenie z obydwu umów o pracę. Ponadto, jeżeli miesięczna suma wynagrodzeń z obydwu stosunków pracy przekracza kwotę minimalnego wynagrodzenia pracownika, obowiązującego w danym roku kalendarzowym, jego pracodawca powinien odprowadzić za niego  składkę na Fundusz Pracy. I jeśli w przeliczeniu na okres miesiąca podstawa wymiaru obowiązkowych składek emerytalno-rentowych  jest wyższa niż minimalne wynagrodzenie, składka jest naliczana i opłacają ją wtedy obydwaj pracodawcy (wysokość składki na Fundusz Pracy ustala się na podstawie kwot   stanowiących podstawę wymiaru z  obydwu umów) - donosi gazeta. Jeżeli natomiast pracownik jest zatrudniony na dwóch umowach o pracę na niepełnym etacie i z każdej nich uzyskuje miesięczne wynagrodzenie w kwocie niższej od wysokości najniższej płacy, to  "składka na Fundusz Pracy zostanie naliczona wtedy, gdy łączna kwota stanowiąca podstawę wymiaru składek emerytalno-rentowych wynosi co najmniej wysokość minimalnego wynagrodzenia za pracę" - pisze dziennik.

Pracodawcy apelują  przeciwko ustawie znoszącej limit tzw. "trzydziestokrotności"

Na wokandę Trybunału Konstytucyjnego (TK)  wraca  nowelizacja ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych, która miała znieść ograniczenie wysokości pobieranych składek (tzw. trzydziestokrotność przeciętnego wynagrodzenia miesięcznego), a  została zaskarżona przez  Andrzeja Dudę prezydenta RP.  Rozprawa TK  w tej sprawie ma  odbyć się  w dniu 30 października br. - donosi "Rzeczpospolita"(Nr z 09.10.2018 r.). W obowiązującym obecnie  systemie prawnym, roczny limit opodatkowania wynagrodzeń na ubezpieczenia  społeczne  kształtuje się na  poziomie tzw. trzydziestokrotności prognozowanego przeciętnego wynagrodzenia miesięcznego w gospodarce narodowej na dany rok kalendarzowy i w  2018 r. kwota  ta  wynosi 133 290 zł -przypomina  gazeta. Natomiast to,  co podatnik zarobi powyżej tej kwoty, jest zwolnione ze składek na ZUS. Z początkiem 2018 r. rząd chciał znieść to ograniczenie. Według dziennika, likwidacja progu "trzydziestokrotności"  miała objąć 350 tys. najlepiej zarabiających podatników i  przynieść - jak wynika z rządowych  szacunków - dodatkowo 5,24 mld zł. Ostatecznie nowe przepisy na razie nie weszły w życie. Prezydent RP  odmówił podpisania ustawy i skierował ją do  TK. Argumentował, że pominięcie w konsultacjach strony społecznej naruszyło konstytucyjne zasady państwa prawnego. Jednak pierwszy - w lipcu br. -  termin rozprawy TK nad wnioskiem prezydenta został odwołany - podaje "Rz". Tymczasem Konfederacja Lewiatan zawiązała koalicję organizacji pracodawców przeciw zniesieniu limitu tzw. 30-krotności przy odprowadzaniu składek na  ZUS -  informuje gazeta. Apel w tej sprawie, pod którym  podpisało się ponad 50 organizacji, w tym obecne w Radzie Dialogu Społecznego,  a także  branżowe i regionalne, trafił już  do premiera  Mateusza Morawieckiego i Elżbiety Rafalskiej, ministra rodziny, pracy i polityki społecznej.
Jak pisze dziennik, sygnatariusze  apelu postulują "przyjęcie przez rząd zobowiązania o utrzymaniu górnego limitu podstawy składek na ubezpieczenie społeczne, przynajmniej do 2020 r." oraz podjęcie rozmów z partnerami społecznymi. W opinii pracodawców, przepisy dotyczące zniesienia limitu 30-krotności powinny być wycofane i ponownie skonsultowane, m.in. ze względu na kontrowersje, jakie wywołały oraz  związaną z tym niepewność dotyczącą stanu prawnego. Pracodawcy ostrzegają także iż wejście w życie rozwiązań ustawy spowoduje  wzrost  kosztów pracy wysokiej klasy specjalistów czy  zmniejszenie "atrakcyjności tworzenia w naszym kraju innowacyjnych miejsc pracy" - zauważa "Rz".
Pod apelem przeciwko zniesieniu "trzydziestokrotności" podpisały się  m.in.  Konfederacja Lewiatan, Pracodawcy RP, Business Centre Club, Związek Rzemiosła Polskiego, Związek Przedsiębiorców i Pracodawców, Polski Związek Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego, Polska Rada Centrów Handlowych, Związek Pracodawców Firm Produkcyjnych, Transport i Logistyka Polska, Polskie Forum HR, Izba Gospodarki Elektronicznej, Związek Pracodawców Sektora Kosmicznego, Polska Organizacja Handlu i Dystrybucji, Federacja Przedsiębiorców Polskich, Związek Pracodawców Branży Infrastruktury i Polska Rada Biznesu.

W 2019 r. waloryzacja świadczeń emerytalno-rentowych na nowych zasadach ?

Rząd rozważa wprowadzenie nowego mechanizmu waloryzacji emerytur i rent. Jak pisze "Dziennik Gazeta Prawna"(Nr z 08.10.2018 r.), jest już gotowy projekt ustawy w tej sprawie. I tak, podwyżka świadczeń emerytalno-rentowych ma w  2019 r. wynieść minimum 70 zł - informuje dziennik, powołując się na rozmowę z jednym z ministrów. Według gazety, jednak  nie wszyscy na nowych zasadach mają skorzystać. I tak, według przygotowywanego rozwiązania każdy świadczeniobiorca otrzyma podwyżkę tylko o wskaźnik inflacji (czyli o 2,6 proc.), przy czym minimalnie ma to być  kwota  70 zł.  "W praktyce zyskają więc osoby, których świadczenie nie przekracza dziś 2147 zł" - pisze "DGP", dodając iż jest to "gest w kierunku rzeszy emerytów o niższych dochodach". Dziennik szacuje, iż  wprowadzenie w życie projektowanej waloryzacji spowoduje wzrost minimalnego  świadczenia do okrągłych 1100 zł. "To o 36 zł więcej, niż gdyby było waloryzowane według dotychczasowych zasad" - podkreśla gazeta.
Zdaniem "DGP", waloryzacja świadczeń emerytalno-rentowych według obecnych zasad ma kosztować 6,9 mld zł i tyle zarezerwowano na nią w budżecie. Tymczasem waloryzacja na podstawie przygotowywanych obecnie zasad ma kosztować więcej niż 7 mld zł. "O takim rzędzie wielkości mówił premier Mateusz Morawiecki w zeszłotygodniowej rozmowie z kanałem Polsat News. Ostateczne koszty poznamy na początku przyszłego roku, gdy będzie znany faktyczny wskaźnik inflacji" - podaje gazeta.
Według  "DGP", rząd zdecydował się usunąć ze wzoru waloryzacji część wynikającą ze wzrostu płac (20 proc.), aby zaoszczędzone w ten sposób środki przeznaczyć na podwyżkę co najmniej 70 zł dla pobierających najniższe świadczenia. Oznacza to  przesunięcie  korzyści w stronę osób o niższych świadczeniach, a dla budżetu państwa "ta operacja może się okazać w 2019 r. tańsza niż łączne koszty waloryzacji i wypłacenia jednorazowych dodatków nazywanych 500+ dla seniorów". Jednak niższe świadczenia będą rosły szybciej, niż dotychczas. "Dla osób z minimalnymi emeryturami ten rodzaj waloryzacji oznacza podwyżkę świadczenia o prawie 7 proc."-  komentuje dziennik. Skorzysta na tym  ponad 5 mln emerytów, rencistów i rencistów rodzinnych z ZUS oraz ponad 1 mln emerytów i rencistów z KRUS - twierdzi gazeta, podkreślając, iż nowy system waloryzacji  świadczeń ma być  mniej korzystny dla górników czy służb mundurowych.

W  połowie XXI wieku jednego emeryta będzie musiał utrzymać jeden pracujący

Według danych GUS  na koniec 2017 r. było w Polsce 7,995 mln osób w wieku poprodukcyjnym (kobiet po 60. roku życia i mężczyzn po 65. roku życia). Jednocześnie pracą zarobkową zajmuje się 16,57 mln ludzi , którzy tworzą dochód narodowy, płacą podatki oraz  składki do  ZUS i KRUS. Jak podkreśla "Money.pl"(www.money.pl z 10.10.2018 r.), te ponad 16,57 mln pracujących  w Polsce "musi nie dość, że utrzymać samych siebie i swoje dzieci, to jeszcze - z powodu kształtu systemu emerytalnego - utrzymuje emerytów". Przy tym  GUS prognozuje, że już w 2020 r.  liczba osób uprawnionych do emerytury wzrośnie o 622 tysiące - do 8,6 mln, a dziesięć lat później, czyli w 2030 r. w wieku poprodukcyjnym będzie to  już 9,8 mln osób, czyli o 1,1 mln więcej niż w 2020r. - informuje portal. Jednak największy przyrost emerytów prognozowany jest na lata 40-te XXI wieku, tak że w połowie wieku będzie już w naszym kraju  około 12,4 mln emerytów. Z rynku pracy ubywać będzie około 260 tys. pracowników rocznie, a  jeśli  tej "dziury nie zalepi imigracja, to 8,6 mln emerytów już za dwa lata będzie musiało utrzymywać mniej niż 16 mln pracowników" - ostrzega „Money.pl".
I tak, w 2030 r. w Polsce  osób starszych będzie 9,8 mln, zaś pracowników 14,5 mln. Według  szacunków ekspertów,  w 2050 r, liczba emerytów ma już przekroczyć liczbę pracujących.  Tymczasem rocznie rodzi się około 400 tys. dzieci  i musiałoby się ich rodzić dwa razy więcej, aby obciążenie systemu w niedalekiej przyszłości nie wzrosło. Czy te niekorzystne trendy demograficzne wymuszą w naszym kraju zmianę systemu emerytalnego na  system np. nowozelandzki, "gdzie państwo gwarantuje tylko minimum emerytalne dla wszystkich, którzy dożyją do określonego wieku" ? - zastanawia się "Money.pl". Czy może czeka nas zmiana wieku emerytalnego, zwiększanie składek i obniżanie wypłat, zachęcanie do dłuższej pracy ?
Zdaniem portalu, tylko zakrojona na szeroką skalę robotyzacja może w takiej sytuacji uratować system emerytalny w Polsce. Albowiem w innym wypadku "jeden pracownik nie da rady utrzymać siebie, jednego emeryta i jeszcze swoich dzieci".

KNF: OFE PZU „Złota Jesień” z najwyższą stopą zwrotu za ostatnie trzy lata

Otwarte fundusze emerytalne (OFE)    za okres od 30 września 2015 r.  do 28 września 2018 r. odnotowały  średnią stopą zwrotu w wysokości  18,826 proc. -  informuje "Rzeczpospolita"(Nr z 12.10.2018 r.),  powołując się  na dane    opublikowane  ostatnio  przez Komisję Nadzoru Finansowego (KNF). I tak, w ciągu ostatnich trzech lat  najwyższą stopę zwrotu na poziomie  20,978 proc.  wypracowało  OFE PZU „Złota Jesień”.  Na kolejnych miejscach na podium uplasowały się  MetLife OFE ze średnią stopą zwrotu w wysokości 20,918 proc.  oraz Allianz Polska OFE ze stopą  zwrotu wynoszącą 19,821 proc. - pisze  gazeta.   Według dziennika, w omawianym okresie wynik powyżej średniej stopy zwrotu odnotowało jeszcze PKO BP Bankowy OFE -18,857 proc.  Natomiast pozostałe  fundusze emerytalne  osiągnęły rezultaty poniżej średniej. I tak,   Nationale-Nederlanden OFE osiągnęło  wynik 18,564 proc.;  OFE Pocztylion (18,415 proc.), Pekao OFE (18,387 proc.),  Aviva OFE Aviva BZ WBK (17,899 proc.), Generali OFE (17,668 proc.), Aegon OFE (17,087 proc.) oraz  AXA OFE (16,790 proc.).
"Rzeczpospolita" przypomina, iż KNF, począwszy od kwietnia 2004 r., ustala stopy zwrotu OFE za okres ostatnich 36 miesięcy na koniec marca i września każdego roku. Na przykład w  poprzednim odczycie, za okres od 31 marca 2015 r. do 30 marca 2018 r., średnia stopa zwrotu wszystkich otwartych funduszy emerytalnych sięgnęła  11,424 proc., podczas gdy pół roku wcześniej była ona na poziomie 19,128 proc.- podaje dziennik.

Administracja strony: EPC System - Outsorcing IT