W 2018 r. wyższa waloryzacja świadczeń emerytalno- rentowych

Rząd będzie musiał znaleźć w budżecie dodatkowe 3 mld zł na świadczenia dla emerytów i rencistów - szacuje "Gazeta Wyborcza"(Nr z 29.11.2017 r.).   Przyszłoroczna marcowa waloryzacja emerytur i rent będzie większa, niż założył rząd. Waloryzacja, obniżenie wieku emerytalnego, a  w związku z tym więcej  wniosków do ZUS o świadczenia,  będą kosztować więcej - pisze dziennik. "Wyborcza" przypomina, iż  "o wysokości podwyżki decydują dwa wskaźniki: inflacja w gospodarstwach emeryckich (czyli podwyżki cen towarów, które głównie kupują emeryci) i 20 proc. realnego wzrostu płac (czyli podwyżki, jakie dostają pracownicy) z roku poprzedzającego waloryzację". Jak prognozuje "GW",  po  zsumowaniu obu wskaźników,  emeryci będą mogli liczyć w przyszłym roku na 2,7-proc. podwyżkę". Tyle, że   zarówno inflacja, jak i wzrost płac prawdopodobnie będą wyższe - waloryzacja może sięgnąć nawet do  3 proc. A  przy takim założeniu najniższa emerytura i renta wzrosną z 1 tys. zł brutto do 1030 zł brutto, a  emerytura przeciętna wzrośnie o 60 zł  do 2060 zł  - pisze dziennik. Zdaniem "Wyborczej",  dużo więcej będzie za to kosztować obniżenie wieku emerytalnego. Ministerstwo Pracy i ZUS szacowały bowiem,  że do końca 2017 r. wnioski o świadczenia złoży 331 tys. Polaków. Tymczasem o emeryturę wystąpiło już 343 tys. osób,  a do końca roku, jeśli wnioski emerytalne złożą  wszyscy uprawnieni,  liczba emerytów może wzrosnąć do 410 tys.,. Dla rządu oznacza to około półtora miliarda zł  dodatkowych kosztów - podkreśla "GW". Natomiast koszty  obniżenia  wieku emerytalnego  w przyszłym roku mają kształtować się na  poziomie  9 mld zł - informuje gazeta.

Trwanie OFE w obecnej postaci nie jest dobrym rozwiązaniem...

Według  Henryka Kowalczyka, szefa Komitetu Stałego Rady Ministrów,  znaczna część wniosków emerytalnych złożonych po 1 października br. do  ZUS złożyły  osoby, które nie wypowiedziały umowy o pracę, więc dla nich  wypłat emerytur nie ma. Takie osoby występują do ZUS z wnioskiem, " aby zobaczyć, co im zaproponuje, ale to nie znaczy, że zwolnią się z pracy. Raczej chcą się zastanowić" - powiedział  w wywiadzie dla "Dziennika Gazety Prawnej"(Nr z 30.11.2017 r.) minister Kowalczyk. I tak, pierwszą grupą, która "ruszyła po świadczenia, to były osoby, które i tak nie pracowały, bo były na bezrobociu albo pobierały inne świadczenia np. przedemerytalne. Było oczywiste, że oni nie będą czekali. Dlatego na razie nie ma czym się martwić" - podkreśla w gazecie H. Kowalczyk. W jego opinii,  w  programie PiS obecnie nie ma jakichkolwiek planów dotyczących zrównania  wieku emerytalnego dla kobiet i mężczyzn, jak i  nie ma dyskusji na ten temat. "Mamy wybór. Każde przedłużenie pracy powoduje wyższe świadczenie. Wszystkie próby zrównania wieku to byłby nakaz pracy. Mówienie, że to dla dobra kobiet, jest przewrotne. Jeśli kobieta chce mieć wyższą emeryturę, może pracować dłużej dobrowolnie”.
Zdaniem ministra Kowalczyka, budowanie kolejnych filarów emerytalnych  jest potrzebne, gdyż "trwanie OFE w obecnej postaci nie jest dobrym rozwiązaniem".  Każdy pomysł budowania oszczędności na emeryturę jest dobry,  ale "trzeba przyjrzeć się szczegółom" i być ostrożnym - podaje "DGP". Kowalczyk, zapytany o to,  czy jest dla niego "dopuszczalne" przekazanie Funduszu Rezerwy Demograficznej  (FRD)  pod nadzór Polskiego Funduszu Rozwoju (PFR)  i podział środków z OFE tak, aby jedna czwarta trafiła do FRD, a reszta na indywidualne konta w III filarze   stwierdził, iż  "na pewno potrzebne jest zwiększenie stopy oszczędności, warto stwarzać zachęty dla takiego działania", a sam projekt jest na razie "w trakcie uzgodnień".  H. Kowalczyk  potwierdził także, iż wprowadzenie od początku 2018 r.    zniesienia  limitu 30-krotności składki na ZUS,  będzie bardzo trudne. Nowe przepisy wprawdzie uchwalił już Sejm RP, ale projektem teraz ma się zająć Senat RP. Możliwe jest wejście w  życie tego rozwiązania rok później - informuje gazeta.  Ponadto, w sprawie  " 500 plus dla emerytów", na razie "nie można powiedzieć, czy jakieś bonusy zostaną uruchomione". Jak twierdzi w "DGP" Kowalczyk, "będziemy to rozważać po nowym roku, biorąc pod uwagę m.in. stan finansów i liczbę osób, które przejdą na emeryturę po obniżeniu wieku emerytalnego". Na razie nie wiadomo, ile będzie kosztowała w przyszłym roku waloryzacja wszystkich emerytur.  "Do tego dochodzi koszt związany z przejściami na emeryturę w związku z obniżeniem wieku emerytalnego. Na te działania środki są. Ale dodatkowych bonusów czy dużej podwyżki emerytury minimalnej nie można teraz deklarować" - przyznaje w dzienniku H. Kowalczyk.

Sejm RP uchwalił zniesienie limitu  miesięcznego dochodu zwalniającego ze składki na ZUS

Sejm RP  uchwalił  rządową ustawę o zniesieniu limitu miesięcznego dochodu, po przekroczeniu którego nie płaci się składek na ubezpieczenia emerytalne i rentowe - informuje "Rzeczpospolita"(Nr z 25.11.2017 r.) Według gazety,  limit ten   dotychczas wynosił  miesięcznie 10 tys. 700 zł brutto  (128 tys. zł rocznie). Nowa regulacja   oznacza więc  spore zmiany dla najlepiej zarabiających Polaków. Dziennik szacuje, iż  powyżej górnego pułapu zarobków  w wysokości 10700 zł brutto miesięcznie plasuje się   blisko  350 tys. osób, czyli ok. 2 proc. społeczeństwa.
Według szacunków Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, na skutek nowych przepisów wpłynie do sektora finansów publicznych ok. 5,4 mld zł. O tyle więcej powiększą się bowiem składki, płacone do ZUS przez pracowników na spółkę z pracodawcami.
Jak  podkreśla  "Rz", zmiany te mają wejść w  życie od 1 stycznia 2018 r.

Zniesienie limitu składek na ZUS grozi eskalacją kosztów pracy w firmach technologicznych czy finansowych

Przegłosowane przez Sejm RP   zniesienie limitu składek na ZUS podwyższy koszty  spółek technologicznych,  firm  finansowych czy centrów  nowoczesnych usług dla biznesu o co najmniej 10 proc. - informuje "Rzeczpospolita"(Nr z 25.11.2017 r.). Dla niektórych  firm - według  Konfederacji Lewiatan  - to dodatkowo nawet kilkanaście milionów złotych w skali roku, gdyż  w finansach oraz w IT  "największym kosztem są wynagrodzenia pracowników".  Na przykład  rodzimy potentat IT, giełdowa spółka Asseco poinformowała już, że zniesienie górnego limitu składek na ZUS może ją dodatkowo kosztować 8–9 mln zł rocznie - pisze dziennik. Gazeta szacuje,  że  przy pensji 15 tys. zł brutto zmiany będą kosztować pracownika ponad 3,4 tys. zł rocznie a pracodawcę 8,5 tys. Z kolei  "przy zarobkach rzędu 20 tys. zł obciążenie rośnie odpowiednio do 7,4 i 18,2 tys. zł rocznie, zaś wynagrodzenie sięgające 30 tys. miesięcznie to w skali roku 15,1 tys. zł mniej dla pracownika a prawie 38 tys. więcej dla pracodawcy" - podaje "Rz". Według  opublikowanego przez Pracodawców RP wspólnego  stanowiska organizacji pracodawców i związków zawodowych, zniesienie limitu ma przynieść budżetowi  w 2018 r.  kwotę 5,5 mld zł. O tyle samo - twierdzi dziennik - mają  zmniejszyć się  wynagrodzenia netto pracowników o wysokich kwalifikacjach lub wzrosnąć  koszty przedsiębiorstw ich zatrudniających.
Zdaniem Jacka Levernesa, prezesa Związku Liderów Sektora Usług Biznesowych (ABSL), " zniesienie limitu składek na ZUS zwiększy średnio koszty pracy w nowoczesnych usługach dla biznesu o 10-12 proc.". A  w centrach badawczo-rozwojowych oraz w firmach, które stawiają na zaawansowane usługi finansowe, skutki będą znacznie bardziej dotkliwe - pisze gazeta. Pracodawcy RP ostrzegają,  że zarówno pracownicy jak i pracodawcy będą silnie zmotywowani do unikania podwyższonych składek, a to  "nie będzie sprzyjało zatrudnianiu specjalistów w ramach stosunku pracy, szczególnie w środowisku nowych technologii i wysokich kompetencji" . "Przy innowacyjnych usługach finansowych czy informatycznych nie możemy sobie pozwolić na elastyczne kontrakty, musimy zatrudniać ludzi na umowy o pracę a nie będziemy w stanie przerzucić zwiększonych kosztów na klientów" - zauważa w "Rz"  dyrektor jednej z dużych firm tego sektora. W jego opinii, "część pracodawców może ograniczyć zatrudnienie".  Natomiast Robert Lisicki, dyrektor departamentu pracy, dialogu i spraw społecznych Konfederacji Lewiatan zaznacza,  że "firmy mogą też rozważać zastosowanie innych form współpracy z pracownikami(...) np. poprzez prowadzenie działalności gospodarczej, zawarcie umów o współpracy".

Brak biegłych sądowych przyczyną przewlekłości sprawa z zakresu ubezpieczeń społecznych 

Sprawy w sądach z zakresu ubezpieczeń społecznych  często wstrzymuje brak biegłych.  Dzieje się tak m.in. w  postępowaniu  o przyznanie renty z tytułu niezdolności do pracy - informuje "Dziennik Gazeta Prawna"(Nr z 01.12.2017 r.), gdzie rozstrzygnięcie sporu  nie jest możliwe bez udziału lekarza, który zweryfikuje prawidłowość ustaleń lekarzy orzeczników dokonanych na etapie postępowania przed ZUS. Według gazety, w  tego typu sprawach niejednokrotnie na opinię biegłego czeka się już nie kilka miesięcy, a nawet rok czy  dwa lata. Tymczasem  "dla lekarza bycie biegłym sądowym to ani fucha (bo wynagrodzenia nie zachęcają), ani też żadna przyjemność (bo są wystawieni na krytykę ich opinii)" - zauważa gazeta. Dlatego też Ci lekarze, którzy się na to zdecydowali, zarzuceni są ogromną  liczbą zleceń. " Bywają przypadki, gdy w jednym czasie biegły otrzymuje ich kilkadziesiąt czy nawet kilkaset" - pisze dziennik. Taki stan rzeczy "uderza w najsłabszych i pogłębia tragedie życiowe osób, które przychodzą do sądu z nadzieją na podważenie niekorzystnej dla nich decyzji organu rentowego" - podkreśla "DGP".  Dla tych osób  świadczenia z ZUS są  źródłem  utrzymania, zaś  finał ciągnących się postępowań jest taki, że albo wypłata świadczeń jest znacząco opóźniona, albo - "z uwagi na zły stan zdrowia – osoby zainteresowane same rezygnują z dochodzenia sprawiedliwości przed sądem". W opinii gazety, z powodu braku biegłych traci również ZUS. Dlaczego?  Ponieważ  przez długi czas oczekiwania na rozpatrzenie sprawy rosną odsetki od świadczeń, które będzie organ rentowy  musiał wypłacić, gdy sąd nie zgodzi się z jego wcześniejszą decyzją o odmowie przyznania świadczenia.

Administracja strony: EPC System - Outsorcing IT